Stanisław Radwan

To taki człowiek, o którym czytając, myśli się: chciałabym go poznać. Taka właśnie podszyta mrzonką refleksja towarzyszy lekturze wywiadu rzeki ze Stanisławem Radwanem. To zapis rozmowy niezasłużenie nieznanego w szerszych kręgach kompozytora i przepytującego go, a nieraz wtrącającego własne refleksje i wspomnienia Stanisława Illiga.

A że spotkało się dwóch rozmówców światłych, intelektualnie biegłych, o szerokich horyzontach, rozmowa skrzy się błyskotliwie lekkością (w wersji pogłębionej), ironią, dowcipem, inteligencją. Osoba czytająca otrzymuje zaś szereg zajmujących wycinków z kroniki polskiej, jak również nie tylko, kultury. Owszem, jako czytelniczka o zacięciu feministycznym, urodzona w końcówce lat ‘80, w większości przypadków gdy do czynienia mam z wypowiedziami panów o kilka dekad ode mnie starszych, natrafiam na fragmenty wzbudzające mój opór. To rzecz, jak nauczyło mnie czytelnicze doświadczenie, nieunikniona (tu – przykład: cytat, o Dorocie Segdzie, obecnie żonie Radwana: „Kiedy zaangażowaliśmy ją do Starego Teatru, była jeszcze studentką trzeciego roku, więc ja – pod jednym tylko względem dobry dyrektor – nigdy nie mógłbym pozwolić sobie na działania, które dzisiaj nazwalibyśmy „Metoo”’).  Całokształt jednak tej rozmowy oceniam jako rzecz przeciekawą.

Zaczęłam ten tekst poświęcony wydanej przez wydawnictwo Znak książce „Zagram ci to kiedyś” niejako od końca, a powinnam zacząć od przedstawienia głównego jej bohatera. Śmiem bowiem twierdzić, że nie wszystkim osobom ten tekst czytającym, Stanisław Radwan jest znany. A skomponował tyle, że obdzielić jego dokonaniami można by życiorysy kilku kompozytorek/kompozytorów. I pracował z takimi, że kulturalna szczęka opada.

Wydawca określa go mianem „legendy polskiego teatru, kompozora i pianistę”, i słusznie. Zapoznawszy się z treścią książki dochodzimy do wniosku, że ta „legenda” to wcale nie na wyrost. A ci najwięksi, z którymi dane mu było (albo też: im z nim) współtworzyć, to Konrad Swinarski, Jerzy Grzegorzewski, Andrzej Wajda, Zygmunt Hubner czy Jerzy Jarocki (ta publikacja koresponduje zresztą pięknie, korespondencją wspomnień, z niedawno wydaną pozycją o Jarockim właśnie). Tu rozmawia natomiast ze wspomnianym Illigiem, wydawcą i przyjacielem. I czuć w tej rozmowie snutej na raty w domu kompozytora w Suchej Górze przyjaźń, solidną nić porozumienia.

Przyjął ponadto Illig taką strategię, że zapis rozmowy przeplata wspomnieniami osób, które z Radwanem miały, do – nieco dalszego czy zupełnie bliskiego – czynienia. I rzadko się zdarza, żeby jeden człowiek wzbudzał taki ogrom pozytywnych odczuć. Z tych opowieści wyłania się postać nie dość, że interesująca, to jeszcze najzwyczajniej w świecie, dobra. Uwaga na marginesie: to bardzo ciekawe, jak skrajnie odmienne reakcje wzbudzał wspomniany Jarocki, a jednocześnie jak zażyłą udało się panom zadzierżgnąć przyjaźń.

Jednocześnie nie mniej ciekawe, jak wiele, a conto jego nietuzinkowej osobowości, byli w stanie Radwanowi jego bliscy i współpracownicy wybaczyć. Bowiem miał Radwan niebywały wprost talent do znikania. Ot znikał nagle, przepadał jak kamień w wodę, i równie nagle, jak gdyby nigdy nic się pojawiał („Znikający Staszek” – podsumował go Jan Peszek). Nikt zresztą nie kryje się z tym, że podlewane były te jego ewaporacje alkoholem. Kiedy już jednak się pojawiał, tworzył, łagodził konflikty, rozsiewał życzliwą aurę.

Mówi o nim Maja Komorowska: „Kiedy się czyta o jego pracy, jego dokonaniach, to się ma uczucie prawie obezwładniające – tyle zrobił, stworzył w życiu. Pejzaż reżyserów, sztuk, filmów – nie kończący się”. Takie słowa wykrzesać z pani Komorowskiej, tytanki przecież twórczej pracy, to na prawdę trzeba mieć się czym pochwalić. Snujących wspominki o spotkaniu Radwana jest cała plejada. Joanna Olczak-Ronikier, Krystyna Zachwatowicz-Wajda, Jan Englert, Jerzy Trela, Andrzej Mleczko – to tylko niewielka, lecz nie skromna, część indagowanych. I tych wspominanych jest tu pokaźne i wyborowe grono. Oprócz już wspomnianych: Ewa Demarczyk, artyści Piwnicy pod Baranami, Niemen, Kabaret Starszych Panów, Miłosz, Gombrowicz. Szczególnie zapadła mi w pamięć teoria o Miłoszowskich brwiach. Rita Gombrowicz mówiła, że mąż jej miał taką konepcję: „miałby szansę pokonać Miłosza, gdyby obciął mu te krzaczaste brwi”. Bardzo urzekające są też zupełnie nieprzyzwoite anegdoty o bardzo poważnych panach takich jak kardynał Sapieha, czy Penderecki.

Na samym końcu książki znajdziemy ciepły wywiad z Dorotą Segdą. Wyznaje, że mąż jej jest w sposób absolutnie niemożliwy i nieznośny uzależniony jest od książek. I ten fakt uważam za ostateczny argument za sięgnięciem po to wydawnictwo.

PS. I tak się szczęśliwie składa, że mam dla Was egzemplarze tej książki! Ażeby wziąć udział w konkursie, na adres marta@kulturalnie.waw.pl przesyłajcie mi wiadomość z odpowiedzią na pytanie: muzyka (/piosenka) z jakiego filmu szczególnie zapadła Ci w pamięć i dlaczego? Wypowiedź niech nie przekracza 3 zdań. W temacie wiadomości wpisujcie „Stanisław Radwan”. Czekam na nie do końca przyszłej środy, przed końcem przyszłego tygodnia subiektywnie wybrani zwycięzcy / zwyciężczynie otrzymają wiadomość z informacją o wygranej (na terenie Warszawy istnieje możliwość odbioru osobistego).

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *