Queer Lisboa

 

„Dowiedziałaś się właśnie, że twój syn jest gejem? Oto, co powinnaś mu powiedzieć…” – zagaja z teatralnej sceny elegancka pani w średnim wieku, po czym z ust kobiet jej towarzyszących rozbrzmiewa utwór: „You are so beautiful to me”. Gdy dźwięki milkną, ich miejsce zajmuje słodycz emocji: na scenę wkraczają osoby padające chórzystkom w objęcia. Hasło: „Supporting mums, as mums supported us” (czyli, w wolnym tłumaczeniu: „wspierając mamy, tak jak one wspierały nas”), koniec klipu. A tym samym początek owacji na wypełnionej po brzegi przepastnej kinowej Sali.

Czy powyższa sytuacja miała miejsce w Polsce? Nie, w Portugalii. Czy w Polsce, przy obecnym klimacie politycznym o smutnym kolorze bru-natnym zdarzyć by się mogła, bez asysty bojówek łysych osiłków czy też wrzucenia do sali, dajmy na to, smród-bomby? Tego nie wiem. Natomiast co wiem – otóż: opisany klip był motywem przewodnim najstarszego (bo istniejącego od 1997 roku, od 4 lat również w Porto) lizbońskiego festiwalu, a mianowicie Queer Lisboa, International Queer Festival. Dla siebie odkryłam go 5 lat temu, gdy dotarła do mnie wieść, że pokazywać będą w Lizbonie „W imię” Szumowskiej. Nie przegapiłam rzecz jasna, zawsze to wielka frajda rodzimą produkcję poznawać na odmiennym gruncie kulturowym, obserwując nie film tylko, ale i publiczność. Seans miał miejsce w Cinema São Jorge, atrakcji samej w sobie, a i chyba nieco zabytku, bo podczas tegorocznej edycji zwrócono mi w nim uwagę na niestosowne zachowanie po trzykroć (no już nieważne co robiłam, nie było to nic spektakularnego).

Edycji zresztą o której przypomniałam sobie na tyle późno, by już za późno było na aplikowanie o akredytację. Napisałam więc do organizatorów euforycnzego maila, mój zapał nagrodzony został przyznaniem akredytacji – wiwat portugalska życzliwość (nie wzbraniam się przed pozytywnymi uogólnieniami). Skutkiem czego kolejny tydzień przemieszkałam w kinie, a konkretnie dwóch. Wspomnianym już, mieszczącym się przy jednej z efektowniejszych (a jednocześnie najbardziej zanieczyszczonych, co podkreślają miejscowi; plus: czego tam nie ma! No na pewno jest fryderyk Chopin).  Oraz niedalekiej sali w retro Cinemateca Portuguesa (tu z kolei plakat z Radziwilłowiczem, skoro już przy akcentach polskich jesteśmy; tu też w końcu obejrzałam klasyk Clarka i Korine’a: „Kids”, teraz jeszcze przeczytać muszę scenariusz, by zrozumieć, co młodzież mamrotała). W ten sposób pałaszowałam średnio 2 seanse dziennie. Kultura po raz kolejny okazała się lekiem na całe zło, w tym przypadku: temperatury infernalne.

Gdybym zabrała się za relacjonowanie wszystkich obejrzanych w ten sposób filmów, długość tego tekstu przekroczyłaby granice przyzwoitości. Chciałabym zwrócić Waszą uwagę na pozycji pięć (bo pięć to moja Adasiowe [Miauczyński] siedem).

Girl – cierpienie w pointach, czyli hipnotyzująco eteryczna dziewczyna nękana męskim wymiarem swej cielesności walczy o karierę baletową. I siebie.

George Michael: Freedom. Director’s Cut – artystę kojarzyłam głównie ze schyłku kariery oraz jej początków (Wham! w wersji świątecznej), film uświadamia, jak ogromnie dużo wydarzyło się pomiędzy. Co to była za postać!

Kevyn Aucoin: Beauty & The best in me: plejada gwiazd lat ’90 (Crawford, Campbell, Houston) oraz stojący za nieskazitelnością piękna ich oblicz makijażysta, który zapada na chorobę szczgólnie okrutną dla człowieka zajmującego się zawodowo twarzami.

Zero Patience – musical (tak jest) o AIDS. Jak możliwe, że do tej pory o istnieniu tego filmu nie wiedziałam: nie wiem. Zaawansowane rejony psychodeli.

Punk Voyage – no to jest czadzior nad czadziory. Eurowizja, festiwal piórek w pupsku, pozyskał moją uwagę dwa razy. Gdy wygrała muzyka (w osobie Portugalczyka Salvadora Sobrala). I Conchita. Nietuzinkowym wizerunkiem przyćmiła Conchita istnienie innych uczestników, w tym fińskiej grupy Pertti Kurikan Nimipäivät (Imieniny Pertti Kurikana). Osoby! Sprawdźcie ich na Youtubie! Koniecznie z tłumaczeniem, bo nie wiem co tu jest najlepsze: teksty, muzyka czy osobowości.

 

Swym wieloletnim istnieniem Festiwal Queer Lisboa potwierdza, że obecne w jego nazwie miasto to przestrzeń barwna i różnorodna. A niniejszy tekst służy temu, byście planując przyszłoroczne portugalskie wakacje (a wiem, że grono osób obierających ten kierunek rośnie w imponującym tempie) z jego przyczyny celowali w okolice września.

Source: Facebook Queer Lisboa
Source: Facebook Queer Lisboa

WWW: http://queerlisboa.pt/en

FB: https://www.facebook.com/qlisboa/

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *