Kapitan Marvel

Od zarania swych niedługich, lecz pełnych zwrotów akcji, dziejów, kino raczy widzów technologicznymi nowinkami. Były rewolucyjne kinowe przełomy takie jak dźwięk czy kolor, było ginące chyba chwilowo w mroku przesytu 3D. Nadszedł czas na ScreenX.

W czym rzecz, bo sama ledwie niedawno zetknęłam się z tym terminem. Otóż sale przystosowane do tej technologii serwują nam film nie na jednym, a na trzech ekranach – w tym dwóch zlokalizowanych po bokach standardowego. Taka właśnie salę mamy już teraz do dyspozycji w zlokalizowanym w Galerii Mokotów Cinema City. W oprawie tej nowej technologii raczyłam się najnowszą produkcją Marvela: Kapitan Marvel. Nie Kapitanem Marvelem. Co jak się okazuje trzeba podkreślać, bo nawet żeńska bohaterka na plakacie nie wszystkim pomaga w wyplenieniu językowego (i kulturowego) nawyku: skoro kapitan, to musowo facet.

I tu pierwsza, dotycząca samej technologii, uwaga. Otóż od lat mam ustalone preferencje dotyczące kinowych siedzisk: preferuję miejsca z przodu i z boku. W tym kontekście nie polecam. Jeśli usiądziecie z przodu, Wasza szyja może nie ogarnąć tych 270 stopni pola widzenia. A seansowi towarzyszyć może połączona z obawą irytacja: coś mi z tyłu umyka. I to jest właściwie jedyny konkretny zarzut, który przychodzi mi w tym kontekście do głowy. Poza tym jest ScreenX intrygującą nowinką, gratką dla entuzjastów kinowych doznań. Oprócz produkcji Marvela, widziałam też rozpisany na 3 ekrany fragment koncertu „Live Aid” w wykonaniu Ramiego Maleka / Freddy’ego Mercury’ego.

Do takich projekcji technologia ewidentnie została stworzona, w takich formatach się sprawdza. Z muzyką, akcją, fajerwerkami. Nie sądzę, by miała kino zrewolucjonizować, może seans urozmaicić, uprzyjemnić przyjemnością nowych wrażeń. W przypadku „Kapitan Marvel” akcja nie rozgrywała się zresztą na obu ścianach bocznych permanentnie. Nie, o widzenie peryferyjne poszerzał się ekran główny w dynamicznych momentach pościgów, bijatyk, podniebnych eskapad. No i w porządku, nie było to zanadto męczące, jak bywa to w przypadku technologii 3D i natłoku wrażeń, rzecz całą natomiast ubarwiało.

Co do samej „Kapitan Marvel” – idźcie. Rozkręca się z początku powolutku. Ale jak już się rozkręci, dostarcza takiej dawki kpiarskiego humoru a przede wszystkim – tego, co w języku Szekspira (czy sióstr Brontë!) nazwalibyśmy „women’s empowerement”, że wychodzi człowiek z seansu naładowany, niczym główna bohaterka pozaziemską mocą, dobrą energią. Bierzcie na ten film córki, bierzcie na niego synów. Niech widzą, że w Dziewczynach tkwi moc, mogą skakać, biegać, latać, ponosić porażki, odnosić sukcesy, robić dokładnie to samo, co mężczyźni.

Uczynienie tej historii opowieścią bardzo Dziewczyńską traktować można pewnie jako marketingową kalkulację. Ale i tak wolę, żeby dziewczynom nie powtarzać, że siadać mają skromnie jak dziewczyny, jak w moich czasach powtarzano, lecz robić o nich superprodukcje, w których podbijają przestworza wraz z kosmosem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *