Bydgoszcz

Do Bydgoszczy dotarłam wreszcie przez Toruń, o czym wspominam informując o łatwej możliwości sklecenia takiego pakietu wycieczkowego. Mimo listopadowego stycznia urzekła mnie Bydgoszcz od pierwszej chwili, od szmulkowych z ducha okolic dworca głównego począwszy. Tu zresztą – zaczynając od końca – w spelunce przy ulicy Warszawskiej, bo wszystkie inne lokale zamknięte były w niedzielę, oczekiwałam na pociąg do Warszawy. Ale wróćmy do początków. W mieście Bohdana Butenki, Leona Niemczyka czy Poli Negri uwadze polecam szczególnie (zbiory kulturalne poczynione w raptem nieco soboty oraz odrobinę niedzieli):

  • O bydgoskich przydworowych Szmulkach była już mowa, z nich przedostać się warto, podziwiając po drodze ogrom secesyjnych kamienic, do bydgoskiej Wenecji. Tu skosztować lodów w lodziarni Mrozik, racząc się po drodze wielce nieprzyzwoitym, lecz urzekającym niegramatyczną pointą wierszykiem na magicznych schodkach.
  • Po czym przedostać się na drugą stronę Brdy na Wyspę Młyńska. Tu poświęcić chwilę na:
  • Dom Leona Wyczółkowskiego: przeurokliwy z przemiłą obsługą. Nie sprawdziwszy godzin otwarcia, biegnąc niemal prosto z pociągu, dobiegłam niemal równo w godzinę zamknięcia, lecz wpuszczona zostałam jeszcze na szybką muzealną przebieżkę. Po wyczuleniu zmysłów na twórczość Wyczółkowskiego jej szlakiem można zresztą przemierzać miasto, bo opatrzone komentarzem obrazy są po nim stacjami rozsiane.
  • W Galerii Sztuki Nowoczesnej w Czerwonym Spichlerzu, pytać zachęcam o pana Zygfryda – ma pan Zygfryd ogromną wiedzę i chęć oraz łatwość jej przekazywania. Sama kolekcja niespodziewanie imponująca, z rzeczy moich ulubionych jest choćby Jarema, ale i Czapski, i Nowosielski, i Witkac, i dużo innego dobrego. Usłyszałam tu o Andrzeju Nowackim, autorem fetyszyzującego Pewexowego towary cyklu „Udżinsowieni”.
  • Wychodzę z Galerii, by przejść do BWA (kolejny punkt na bydgoskiej mapie kulturalnych atrakcji, już sam budynek czyni go apetycznym), patrzę: a tu na okolicznej kamienicy kamienny spodzień, bo w kamienicy tej mieszkał Nowacki. Ot, magia uważnego wycieczkowania. Obok BWA jest przy dżinsowej kamienicy siedziba Gazety Wyborczej, a w niej Alfons Mucha i secesyjna winda (ówcześnie niedziałająca). Oraz Manekin polecony mi jako szczególnie smakowity, sprawdziłam, w istocie niczego sobie. A po drodze jeszcze Opera Nova, z Łuczniczką Novą, pierwsza wersja sportowczyni nagością swą zgorszyła samą Negri.
  • Skoro o kulinariach mowa, to wyprawić się warto również do „Naturalnej” jest wyjątkowo pysznie i ładnie, tak jeśli chodzi o szamkę, jak wystrój. I mieści się przy Cieszkowskiego, Pomorskiej i Gdańskiej, które to ulice same w sobie godne są oglądu.
  • Śniadać polecam natomiast w Cafe Kino (okolice katedry, barwnej w kolory tęczy), pod ścianą strojną w filmowe postery.
  • Wróćmy jednak w okolice BWA, bo stamtąd rzut beretem do zasadniczego celu wyprawy: Klubu Mózg, do którego wybierałam się od 2 dekad, czyli od czasów kazikowego „Mars napada”. Mózg nie zawiódł, wiodą do niego odrzwia z napisem: „What have you done to make things better? Live with art., it’s good for you”, a potem jest tylko lepiej. Ja uskuteczniłam tu piwko, kawkę lekturę oraz uczestnictwo w koncercie jazzowym, planuję wrócić po więcej).

A skoro o powrotach mowa, to na trasie do Bydgoskiego dworca napotkałam mur mówiący: „Bydgoszcz potrzebuje feminizmu”. Ja natomiast potrzebuję więcej Bydgoszczy.

PS. A Za bydgoską inspirację dziękuję serdecznie Ani Fit, która szczęśliwie zaraziła mnie zachwytem nad tym miastem i poleciła uwadze część z powyższych dobroci.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *