Ogród Botaniczny w Powsinie

Ogród botaniczny w Powsinie to jedno  z tych warszawskich miejsc, do których przez niemal 3 dekady (z drobnymi przerwami) funkcjonowania w tym mieście – mimo najszczerszych chęci – nie udało mi się dotrzeć. Aż do teraz, kiedy trafiła mi się garść dni wolnego w pracy, jednak z racji innych zobowiązań nie mogłam sobie pozwolić na dłuższy wyjazd z miasta. Jednocześnie wykiełkowała  już we mnie potrzeba oddalenia się od tego miasta choćby i na trochę i pozażywania natury choć w skromnej dawce – tyle zresztą w zupełności mi wystarcza. Powsiński ogród sprawdził się w roli miejsca spełniającego takie zapotrzebowanie wprost wyśmienicie, a wręcz z nadwyżką, bo dozy obcowania z przyrodą dostarczył solidnej i na zapas.

Powody, dla których warto uwzględnić to miejsce – którego pełna nazwa brzmi: Ogród Botaniczny – Centrum Zachowania Różnorodności Biologicznej PAN w Warszawie –  na liście krótkoterminowych wypadów:

  • Poza wspomnianą feerią rododendronowych barw i aromatów
  • Mobilizacja do rowerowej eskapady, bo to najlepsza chyba metoda dotarcia do Powsina
  • Jest gdzie urządzić piknik, a piknik to zawsze dobry pomysł
  • Niby spacer po Warszawie, a jednak górska wyprawa, bo zapewniając roślinom górskim ich naturalne środowisko, pracownicy ogrodu stworzyli pokaźnych rozmiarów skalniaczki, jest więc i opcja parawspinaczkowa

 

  • Jest też wystawa, a nawet są trzy, obecnie to malarstwo Adama Kunikowskiego („Nostalgicznie”) w Fangorówce oraz dwie wystawy fotograficzne w galerii Natura et Ars: „W obiektywie profesora Romana Kobendzy” (biorąc pod uwagę aktualne okoliczności warto wspomnieć, że profesorowi leżało na sercu dobro Puszczy Kampinoskiej, doprowadził więc do utworzenia tam rezerwatu przyrody) i „Tajemniczy świat owadów” – mająca w sobie zresztą wiele z poezji, bo czyż nie „pulsują poezją jak drzewo sokiem” (to Borowski) nazwy takie jak Fruczak Gołąbek, Torzyśniad Kasztanówka, Zgrzypik Twardokrywka, Kraśnik Sześcioplamek czy Ciołek Matowy?

  • Imponujące szklarnie, a w nich: a) wcale nie uciążliwy klimat tropikalny, a wręcz przeciwnie, umknąć tu można przed skwarem: zapobiegają mu zraszacze, generujące mgiełkę, która niesie ulgę, niczym „ciepły, letni deszcz” (to z kolei reklama kremu Nivea, a może był to żel pod pryszcznic) b) z głośników sączy się natomiast muzyka, za mojej tam obecności było to portugalskie fado c) słuchać jej można przysiadając i na pstrokatych ławkach, i na workach brazylijskiej kawy d) nieopodal siedzą natomiast świnki morskie i inne gryzonie, muzyce z głośników towarzyszy zaś ptasi trel e) gdzie siedzieć mają też dzieci, bo jest i kącik dla nich, a w nim i namiot i owca z Zakopanego f) usiąść można także w zaaranżowanej wśród pomarańczy oraz kaktusów strefie kawiarnianej (przy czym kawiarni nie ma, jest cola z automatu, ale jest też tak pięknie, że naprawdę nie szkodzi) g) nasiedziawszy się do syta odhaczyć można również opcję muzealną, bo szklarniana gęstwa skrywa rzeźby z Muzeum Azji i Pacyfiku h) uśmiech na twarzy przywołuje nawet wizyta w sanitariacie, bo i toaletowe wnętrza utrzymane są w klimacie roślinnym. Pełna harmonia.

Zapisz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *