Rzym

Roma, non basta una vita // Rome, a lifetime is not enough // Rzym – życie to za mało

Rzym od dawna znajdował się na mojej liście miejsc do koniecznego odwiedzenia, ale nie ukrywam, że w podjęciu decyzji o zakupie biletów na samolot zmierzający w tym właśnie kierunku pomógł mi „Młody Papież”. I chwała mu za to, bo szybki wypad w przerwie pomiędzy zmianą prac okazał się wojażem perfekcyjnym. Dzielę się zatem kilkoma refleksjami i wskazówkami, z których sama chętnie skorzystałabym zawczasu, na etapie przedwyjazdowych poszukiwań.

Przede wszystkim nie dajcie sobie wmówić, że rzymskie wakacje w okresie zimowym to pomysł nietrafiony. Jest absolutnie odwrotnie. Zaznaczę, że wypowiadam się z perspektywy osoby, która poparzenia słonecznego nabawia się po trzech minutach spędzonych na słońcu a trasy jej miejskich wędrówek znaczone są szlakiem cienia. Lutowe słońce dostarczyło mi i mojej podróżnej współtowarzyszce Ewie nie poparzeń a ukojenia w przerwie od bezwzględnej polskiej zimy. Temperatury sięgały od 15 do 18 stopni, wieczory i poranki, były może i owszem, chłodne, ale chłodem, z którym śmiało rozprawiał się byle szalik i lekka kurtka. Nie wyobrażam sobie natomiast wystawania w – niemożliwych do uniknięcia w kilku newralgicznych miejscach – kolejkach w 40-stopniowym upale.

A skoro już o kolejkach mowa: nie ma się co oszukiwać: są. Natomiast – i tu kolejny plus zimy, jak się okazuje zima ma nie tylko minusy – w tym okresie nie porażają długością. Odstałyśmy swoje przed wejściem do Bazyliki św. Piotra w Watykanie (mając za plecami pana, który oczekiwanie na przekroczenie wrót sfery tzw. sacrum skracał sobie skracaniem paznokci przy użyciu obcinaczki; pochrząkiwanie i potępianie wzrokiem nie pomogło, a przecież nie będziemy robić afery w uświęconej kolejce) oraz do Muzeum Watykańskiego. Tu uwaga: oczekujący są zamęczani przez nagabywaczy zachęcających do zakupu vip-biletów umożliwiających ominięcie kolejki. Cena: 20 euro. Cena biletu w muzeum: 16 euro (drogo, ale warto, przepastne wnętrza oszałamiają i mieszczą w sobie w zasadzie nie jedno, a kilka muzeów). Ale trik polega na tym, że kolejka może wydawać się długa, bo widzimy tylko jej skręcający za załomem watykańskiego muru fragment. Po czym sami skręciwszy niemal od razu docieramy do muzealnego wejścia. Wieszczone przez nagabywaczy godziny oczekiwania okazały się zatem raptem może kwadransem z hakiem. Znów – plus dla przywykłej do stopni minusowych zimy.

A ponadto:

Do ceny biletu lotniczego z góry doliczcie kwotę potrzebną do przejazdu z lotniska do stref centralnych miasta. W przypadku Fiumicino zapłaciłyśmy za autokar 6 euro.

Wydaje się to oczywiste, ale podkreślam po stokroć: pamiętaj o wygodnych butach. I to o wygodzie sprawdzonej. Ewa wzięła ze sobą buty owszem, wypróbowane, ale na trasie praca-dom i nazad. Na szlaku rzymskiej marszruty przeobraziły się w narzędzie tortur, niemal pozbawiając jej małych palców u stóp. Ratowałyśmy się tenisówkami z hali targowej w okolicach dworca Termini –  w razie czego można potraktować tę opcję zakupową jako koło ratunkowe. I tak, rzymska zima – hurra – pozwala na przechadzki w trampkach, stopy nie odpadną nam ze skostnienia (w tym miejscu pozdrawiam Basię, autorkę pytania:).

Dworzec Termini – w jego okolicach mieszkałyśmy. To dobra lokalizacja, jest blisko wszędzie tam, gdzie trzeba. Lokum wyszukałyśmy na Airbnb, za przyzwoity, dwuosobowy pokój w trzypokojowym mieszkaniu zapłaciłyśmy 160 euro – 4 noce. Zainteresowanym chętnie podam numer do właściciela, choć z góry zaznaczam, że nie mogę tego lokalu polecać z pełną dozą przekonania. Mieścił się na parterze, przy uliczce niby niewielkiej, a jednak ruchliwej. Każdy przejeżdżający samochód – a przejeżdżał ich tamtędy ogrom – generował hałas słyszalny tak, jakby ulica przecinała środek pokoju. Plus (a raczej minus) akustyka mieszkania: słychać było absolutnie wszystko, a o ile my nastawione byłyśmy na intensywne zwiedzanie z przerwą na regenerację snem, inni przybyli mieli raczej balangowe priorytety. Nie wspominając o koleżankach z Honolulu, którym zdarzyło się suszyć włosy nad ranem. O 5 nad ranem. O 5 nad ranem w butach na obcasach.

Ale okolicę tak czy inaczej polecam. Chociażby ze względu na niedaleki supermarket – a zdarzało mi się słyszeć utyskiwania na ich brak, skutkujący koniecznością robienia zakupów w sklepach o cenach turystycznych. Świetnie zaopatrzona świątynia konsumpcji mieści się przy Via Principe Amadeo. A ponieważ nieobce są nam humanistyczne deficyty budżetowe, kupowałyśmy tu przepyszne: makaron, sos pomidorowy, parmezan (taki śmierdzący a taki pyszny) i oliwki, a do tego pomarańcze i ciastka Cantucci D’Abruzzo i za eurogrosiaki miałyśmy pyszny obiad z deserem. Tu również zaopatrzyłyśmy się w powrotne dary. Na tej ulicy mieści się jeszcze jedno godne wzmianki miejsce, tak świetne, że mogłabym w nim zamieszkać na wieki, ale o tym później, w sekcji porad kulinarnych.

 

W drodze czy do wspominanego sklepu, czy gdziekolwiek bądź, natkniecie się na góry śmieci. To było jedno z moich zdziwień: Wieczne Miasto dosłownie tonie w śmieciach, odpady walają się tu i tam. Można ten fakt ignorować i skupiać na niewątpliwych urokach, ale nie da się udawać, że problem nie istnieje. Zwłaszcza, że przyjezdni zobligowani są do uiszczenia opłaty turystycznej – również ten wydatek należy uwzględnić w kosztach całkowitych wyjazdu (ok. 3 euro za dzień).

Chcąc przygotować się do wyjazdu przeczesywałam Internet pod kątem frazy: zwiedź Rzym w 3 dni. Rezultatu poszukiwań raczej mnie nie zadowoliły. Natrafiałam albo na przewodniki w stylu „zobacz wszystko i jeszcze więcej a następnie umrzyj z wycieńczenia”, albo „rzuć okiem na Koloseum, cyknij fotę przy Fontannie di Trevi po czym zasiądź w jednej z obleganych przez hordy turystów restauracji w poczuciu odhaczenia turystycznego obowiązku”. Uznałam zatem: idziemy na spontan – co poskutkowało opatentowaniem trasy absolutnie nas satysfakcjonującej, dzielę się zatem.

 

 

Rzym w 3 dni

Dzień pierwszy: Watykan. Im wcześniej wystartujecie, tym krótszą kolejkę napotkacie. Pojechałyśmy metrem, wysiadając na stacji Ottaviano, stamtąd już rzut beretem do placu Świętego Piotra. Nie ukrywam, jest to przeżycie zobaczyć tę przestrzeń tak dobrze znaną z przekazów telewizyjnych. W kolejce do Bazyliki św. Piotra trzeba odstać swoje, należy również liczyć się z drobiazgową kontrolą. I pamiętać o „stosownym” stroju – obsesja na tym punkcie rzuca się w oczy na każdym kroku a wszędobylskie tabliczki wizualnie gromią odsłaniających ramionko czy nóżkę. Co o tyle frapujące, że nie ma przecież nic bardziej naturalnego niż ciało i czemu właściwie miałoby mieć właściwości oburzające. No ale to przyczynek do zupełnie innej dyskusji, wróćmy zatem na plac św. Piotra. Z dostępnych możliwości wybrałyśmy eskapadę na szczyt bazyliki. Gorąco polecam. W ramach rozsądnego gospodarowania energią wybrałyśmy bilet umożliwiający skorzystanie z windy (8 euro), a i tak nie ominęła nas mordercza wspinaczka po schodach – jest to rozrywka sama w sobie, choć vertigo gwarantowane, a osoby z klaustrofobią mogą miejscami czuć się co najmniej nieswojo.

Widok ze szczytu kopuły imponujący (gdy uda nam się już przecisnąć przez oblegający ją tłum i dotrzeć do krat, za którymi się rozpościera). Ale i tak moje serce skradł przystanek na tej wspinaczkowej trasie umożliwiający spojrzenie z góry na wnętrze bazyliki. Choć nie wiem, czy bardziej skradł, czy nadwątlił, bo emocje rozścieliły mi się na skali pomiędzy zachwytem a zawałem. Ludzkość na kształt mróweczek, budowla zaś nadal monstrualna i spektakularna.

 

Kolejny punkt programu: Muzeum Watykańskie, o którym już była mowa. Jest absolutnie oszałamiające, takiego muzeum jeszcze nie widziałam. Rezerwujcie kilka godzin, choć i kilka tygodni to byłoby za mało. Omdlałe nogi warto ratować przystankami w muzealnej kawiarni lub okołomuzeualnym ogrodzie (planowałam zresztą wyprawę także do ogrodów watykańskich ale cena – ponad 30 euro – zweryfikowała moje potrzeby). Nie wiem co zrobiło na mnie największe wrażenie, czy zbiory egipskie, czy sala map, czy ludzie desperacko łamiący wielokrotnie podkreślany zakaz robienia zdjęć w Kaplicy Sykstyńskiej.

Następnie: luźny (dobre sobie, w istocie: ostatkiem sił) spacer po okolicy. Swoją drogą obrzeża piotrowego placu obłożone są kartonami i kocami obozowisk bezdomnych. Jeden z nich, przechadzał się wesoło podśpiewując i co krok podrzygując sobie – tak wygląda starcie sacrum i profanum, którego w transmisjach telewizyjnych nie uświadczycie.

Mam nadzieje, że dostojnicy zamieszkujący lukullusowe wnętrza zstępują czasem z wysokości pełnionych urzędów by wspomóc sąsiadów, którym w życiu poszczęściło się mniej. W każdym razie: brzeg Tybru, Castel Sant’Angelo (podobno pojawia się w „Aniołach i Demonach”, seans jeszcze przede mną), nadtybrzański gmach sądu. Eskapada po labiryntach uliczek. I tyle, koniec dnia.

Dzień drugi: Ten dzień przeznaczyłyśmy na snucie się po historycznym centrum w poszukiwaniu miejsc najbardziej dla Rzymu emblematycznych. Tu polecam zaopatrzenie się w dostępną w punktach informacji turystycznej mapę. Ewentualnie sprawdzenie trasy turystycznych autobusów, a następnie odtworzenie jej we własnym zakresie. W ten sposób dotrzemy wszędzie tam, gdzie dotrzeć powinniśmy. Przy czym polecam eskapadę pieszą, bo przy okazji zobaczymy jeszcze więcej. A więc, m.in.: Kościół S. Maria Maggiore, Piazza Republica z Termami Dioklecjana, Plac Hiszpański ze słynnymi schodami i kościołem Trinita Dei Monti, Panteon, Fontanna di Trevi (tu, rozemocjonowana podążaniem śladami Anity Ekberg wymarzyłam sobie wspaniałe zdjęcie, ale obecne na miejscu tłumy skutecznie zniechęciły mnie do pozowania, skupiłam się raczej na pilnowaniu plecaka), Piazza Navona, Piazza Venezzia, miłoszowskie Campo di Fiori, Kapitol, Fori Imperiali, oczywiście Koloseum z pobliskim Łukiem Konstantyna, Forum Romanum.

Po spacerze do Piazza s. Giovanne di Laterano zarządziłyśmy przerwę, pod wieczór wybrałyśmy się jeszcze na poszukiwanie Circus Maximus (łatwo przegapić, niewiele z niego zostało) i Ust Prawdy. Pozostawienie tej wyprawy na porę wieczorną było bardzo dobrym pomysłem, pozwoliło na ominięcie dzikich tłumów. W okolicy ponurych Ust z rozczuleniem spojrzałyśmy na tabliczkę głoszącą, że m.in tu kręcono „Rzymskie Wakacje” z Audrey. I wypiłyśmy espresso w pobliskiej kawiarence. Częste przystanki regeneracyjne na espresso to jest w ogóle bardzo dobry pomysł. Tym bardziej, że kawa kosztuje tyle, ile powinna: 1 euro (z lekkim przekąsem stwierdziłyśmy, że w naszych rodzimych realiach za taką kwotę otrzymamy najwyżej szota wódy).

Jeszcze Wyspa Tyberyjska, zupełnym przypadkiem odnalezione uliczki getta, wspinaczka na Kapitol i rzymska panorama nocą. To jest w ogóle bardzo dobry pomysł, żeby te symboliczne miejsca oglądać o różnych porach dnia i wieczora – bardzo polecam, dzięki temu można trafić na upragnione momenty opustoszenia, a i różne oświetlenie dostarcza urozmaiconych wrażeń. Warto też od czasu do czasu schować mapę w kieszeń i dać sobie zgubić się w plątaninie ulic – t0 najlepsza z możliwych metod zwiedzania. W ten sposób natrafiłyśmy na ogromną ilość fantastycznych kościółków. Oraz miejsc, których nazw nie jestem w stanie odtworzyć, ale mniejsza o to, bo wspomnienia nagromadziłam.

Dzień trzeci: Przeznaczyłyśmy go na wyprawę do Piazza del Popoli (niby niedaleko, ale po pieszych trudach dnia poprzedniego w jedną stronę zafundowałyśmy sobie przejażdżkę metrem) i okoliczne rozległe tereny parkowe z Villą Borghese na czele. Ale i choćby rozczulającym maleńkim kinem.

Park jest piękny i ogromny, snuć się można po nim godzinami, natrafiając na kolejne niespodzianki (w tym: polskie akcenty, choćby ulicę Mickiewicza), co skwapliwie uczyniłyśmy. Do tego: wspaniała panorama Rzymu.Powrót: na piechotę, z licznymi przystankami (atrakcje, kościółki, espresso).

No i tyle, na piśmie i ekranie wygląda to być może na niewiele, ale w istocie jest to moc kilometrów i wrażeń, wróciłyśmy absolutnie usatysfakcjonowane i uszczęśliwione, naładowane ciepłem i energią.

A, jeszcze obiecane rekomendacje kulinarne, choć wierzę, że i bez tego narobiłam Wam smaku. Otóż tak jak już zauważyłam, podstawę naszego wyżywienia stanowił samodzielnie sporządzany makaron z sosem pomidorowym i parmezanem (pychotka). Ale być w Rzymie i nie delektować się lodami i pizzą byłoby grzechem. Moje typy:

Lody: lodziarnia Al CoNosseo Gelateria Artigianale, Via Cavour, tuż przy Koloseum. // Lodziarnia zlokalizowana przy Via Merulana (wspaniałe drzewa) po stronie prawej idąc w dół, niedaleko placu JP2. // Oraz mój typ absolutny, odkrycie wyjazdu, raj na ziemi, miejsce, w którym mogłabym trawić dni na spożywaniu lodów aż po grób: Gelateria Fassi – najlepsza, najatrakcyjniejsza cenowo, przestronna, do każdej porcji lodów wyśmienita bita śmietana.

Pizza: Via Cavour po prawej stronie maleńka pizzeria z pizzą z założenia na wynos, pan robi ją na miejscu i sprzedaje na kawałki, przywiódł nas tu tłum okolicznych dzieci, które po szkole rzuciły się na wyżerkę. Wygląda niepozornie, tym większy szok smakowy, bo jest fenomenalna. A ponadto pizza halal, w kebabiarni Ali Baba przy Piaza Vittorio Emanuele, 4 euro margerita w sam raz dla dwóch osób, obsługa przemiła.

No, to smacznego na wielu poziomach życzę.

A! A Jude’a niestety nie spotkałam.

 

 

 

 

 

 

 

One thought on “Rzym – życie to za mało

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *