mock

W tempie iście woodyallenowskim produkuje Marek Krajewski kolejne książki, niemalże w myśl zasady: co rok to prorok. A raczej w tym wypadku: Mock (albo też: Edward Popielski). Odnieść można wrażenie, że z biegiem czasu ten pisarski pośpiech coraz bardziej odbija się na książkowej jakości. Kryminalne serie Krajewskiego zaskarbiły sobie moją sympatię obecnym w nich akademickim sznytem – czuło się ogrom bibliotecznej pracy solidnie podtrzymującej rusztowanie intrygi.

Tu – w „Mocku” – ta konstrukcja jakby nieco się chwiała – choć oczywiście nadal czuć, że autor odrobił eksploracyjną lekcję. W tej części chronologicznie cofamy się do początków kariery Eberharda Mocka – bohatera wcześniejszych części kryminalnego cyklu. Ambitny policjant, niedoszły absolwent nauk klasycznych, tym razem zabiera nas w podróż w czasie do Wrocławia roku 1913 a tajemnica dotyczy tak malowniczej, jak potwornej, zbrodni w Hali Stulecia. Lektura idealna. Jako metoda przetrwania w zabójczej kolejce do gabinetu lekarskiego (a grypa wszak obecnie w fazie rozkwitu) bądź tkwiącym w morderczym korku autobusie.

(fot. Hali: Wikimedia Commons)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *