13689744_10207211509981846_975385313_n

Nawiedzała mnie w snach, pozostawiając uczucie niedosytu, a tęsknota przybierała wymiar niemal fizyczny. Po dwóch latach od ostatnich odwiedzin, a odwiedzałam ją jak do tej pory dwukrotnie (raz na 6 tygodni, drugi na 6 miesięcy) doszłam do wniosku: kiedy, jak nie teraz. Zwłaszcza, że dobiłam do dziesiątej rozmowy kwalifikacyjnej, na której było – owszem – miło, ale i tak przyjęli kogoś z większym doświadczeniem (pracę mam, lecz szukam nowej). Obecna forma zatrudnienia – umowa zlecenie – oraz brak wakacji od dwóch lat umożliwiły mi wzięcie dłuższego wolnego. Ten tekst przeplotę takimi właśnie konkretnymi, być może użytecznymi informacjami. A nuż przeczyta go ktoś, kto zastanawia się nad analogiczna przerwą od codzienności, przyrówna go do swojej sytuacji i zdecyduje: ja też tak mogę! Zwłaszcza, że czasem dłuższy wyjazd opłaca się bardziej niż krótki.

Początkowo jechać miałam sama, jednak dołączył do mnie Rafał, z którym łączy mnie sięgające dekady kumpelstwo. Rafał z kolei ma chwilową nieplanowaną przerwę w karierze zawodowej, moment równie idealny „to take a break” innego, bo wakacyjnego, rodzaju. Na taką wyprawę warto wziąć kogoś, z kim pozostajemy w sprawdzonej relacji i nie ryzykować nieustannymi awanturkami o byle błahostkę (ja wolę spacery, ty plażę, mi wystarczy kanapka, ty codziennie zjeść musisz 3daniowy obiad – przykłady z życia wzięte można by mnożyć w nieskończoność, zresztą, co ja Wam mówię, na pewno sami wiecie). A my umiemy nie wchodzić sobie w drogę – to ważne. Pomysł został luźno rzucony, jak również decyzja została spontanicznie podjęta przy winku. I oto tu jesteśmy, spędzimy tu około miesiąca (inaczej cena lotu by się nie kalkulowała). Ale po kolei.

Bilety lotnicze. Kupiłam około miesiąca wcześniej – Wizzair, zapłaciłam około 1100zł, żegnajcie oszczędności (loty do Lizbony niestety do najtańszych nie należą, a cena bagażu w sezonie urlopowym urasta do horrendalnych rozmiarów, około stu kilkudziesięciu złotych, podobnie zresztą jak przelicznik euro). Do tej pory korzystałam też z usług TAP Portugal (drogo, pyszne jedzonko, ale umówmy się, nie jest to w tym wypadku priorytet) oraz Ryanaira (niezmiernie długie przesiadki). W tym lotniczym pojedynku wygrywa Wizzair.

Mieszkanie. Do tej pory mieszkałam:

w umiejscowionym w samym centrum (Rossio) hostelu jako nocna stróżka, za darmo zatem (jedna z przygód życia, przy okazji chętnie opowiem).

W wynajmowanym za 180 (po stargowaniu z 200) pokoju 20-25 minut piechotą od centrum mieszkaniu (dla Portugalczyków dystans międzygalaktyczny, dla mnie okazja do licznych przyjemnych spacerków). Tu zresztą chciałam mieszkać ponownie, okazało się jednak, że właściciel przeprowadza remont. Zaproponował mi inną lokalizację – za 500 euro. Mhm.

Za 180 euro planowałam wynająć pokój i tym razem, korzystając z rezerw poerazmusowych (ah ileż razy kusiło mnie by wymienić, ah jakże błogosławię decyzję o nieczynieniu tego, mimo szalejącego kursu euro). Plan zatem był optymistyczny, rzeczywistość, jak to zwykle bywa, popukała się w czoło i uśmiała do rozpuku.

Otóż – czemu zresztą wcale się nie dziwię – w międzyczasie ewidentnie Lizbona zyskała jeszcze na popularności, co boleśnie odbiło się na cenach wynajmu i dostępności pokoi. Za 18o być może udałoby mi się wynająć komórkę na peryferiach miasta, bez okna za to z grzybną plantacją. Nie mam wygórowanych oczekiwań, miesiąc mogę przemieszkać w warunkach skromnych i zgrzebnych, ale nie przesadzajmy. Poszukiwania prowadziłam w dużej mierze za pośrednictwem FB: w grupie couchsurfingowej i erazmusowej, jak również „pokoje do 200 euro” oraz na OLX. Większość moich zapytań pozostała bez odpowiedzi. Co pewnie wynika z faktu, iż nie posługuję się (jeszcze! taki przynajmniej jest plan) portugalskim, formułowałam je zatem po angielsku. W końcu odpowiedział Frederico, przesyłając mi folderek oferowanego przez siebie lokum. Prezentowało się wprost bajecznie! Schludne pokoje, lśniąca czystością kuchnia, emanujące świeżością łazienki i ten – ah – taras. W te pędy zarezerwowałam dla siebie pokój za – no już trudno – 250 euro (F. głuchy był na wszelkie próby negocjacji). Po czym F. zamilkł. Ewentualność ideału mieszkaniowego zachwiała się w posadach, gdy po jakimś czasie okazało się, że prawie już mój pokój wynajął komuś innemu – do dziś nie rozumiem w zasadzie czemu, cóż, efekt uboczny negocjacji pomiędzy obcymi językami i kulturami.

Ostatecznie piszę do Was ze zlokalizowanego niemal w centrum (tuż koło Martim Moniz) pokoju za 300 euro (eh, w najbliższym czasie pozostaje mi żywienie się melonami, wodą i euforą). Frederico odpowiadał na maile z częstotliwością średnio raz na tydzień, dobrze zatem iż Rafał ma korzystną ofertę zagranicznych połączeń telefonicznych, bo bez tego negocjowalibyśmy do tej pory.

Początki nie okazały się jednak różowiutkie.

Zatem wróćmy do początków. Wystartowaliśmy  z Warszawy w nastrojach iście szampańskich. Nie zepsuła ich nawet burza (wyładowania atmosferyczne widziane z okien samolotu – co za widok!), ni intensywne turbulencje (takie tam raptem podniebne wesołe miasteczko). Ani nawet siedzące przede mną, płaczące pół drogi niemowlę (uniwersalna zasada wszechświata: samolotem podróżuje niemowlę? No przecież, że miejsce będzie miało przy mnie) oraz umiejscowiona obok, narzekająca 3/4 podróży starsza para („Też bym się tak rozryczała, jak to dziecko, ale mi wstyd”, „Za stary jestem na takie podróże”). Ni też ponad godzinne opóźnienie. Na miejsce dotarliśmy (Uber) o świcie,przywitała nas, zrzucając z 3 piętra na bruk klucze,  sublokatorka Ofelia. Wdrapaliśmy się, wtarabaniając klamoty (stare budownictwo, brak wind).

I tu mi mina zrzedła. Mieszkanie, na pierwszy rzut oka niezmierzone, przepastna plątanina labiryntów, było co tu dużo mówić, nazwijmy rzecz po imieniu: usyfione. W kuchni piętrzyły się stosy nieumytych naczyń, w łazience zapas kosmetyków z co najmniej pięciolecia, na pierwszym piętrze – podobnie, lepko i paskudnie – a ja byłam śpiąca i padnięta, co nie pomaga w pielęgnowaniu entuzjazmu (Ofelia: „sorry sorry, świętowaliśmy wygraną Portugalii w Euro” – piłka nożna jako argument na niemal wszystko). O ile pokój Rafała okazał się owszem, przytulny, z urokliwym balkonikiem, o tyle mój, zlokalizowany na pierwszym piętrze mieszkania, czyli tu – poddaszu, podobnie zresztą jak obszerny i nie mniej zapaskudzony salon, niemal wycisnął mi łzy zmęczenia i rozczarowania z oczu. Trudno to nazwać pokojem. Po prostu właściciel, kierowany chęcią zysku, chcąc wycisnąć z nieruchomości jak najwięcej (trudno mu się dziwić), wydzielił ni to dyktą, ni to przepierzeniem (aż chciałoby się zacytować Starszych Panów – „Jakże ściana ta cienka”), skraweczek pomieszczenia, uznając, że za nie także pobierze czynsz. Pomieszczenia nie gwarantującego możliwości wyprostowania się. Z żarówką zwisającą na sznurze kabla. Pulsującą gorącem skwaru nagrzanego dachu.

Nic to, jestem w Lizbonie, powiedziałam sobie i udałam do toalety – a była to wyprawa nie lada, z jednego końca mieszkania, na drugi, z piętra drugiego na pierwsze. Po drodze schody, strome jak drabina. Na schodach dostrzegłam sęk, wyrazistszy od innych. Sęk poruszył się, przecząc swej sękowatości. Dla tych, którzy nie domyślili się jeszcze: sęk okazał się karaluchem. Gigantycznych rozmiarów, jak pół mojej dłoni, a dłoni nie mam szczególnie niewielkich. A ja z karaluchami, pająkami i innym robactwem mam niemały problem (wybaczcie entomolodzy). Najprościej rzecz ujmując: no nie znosimy się wręcz pasjami. Cóż, sytuacja ta pozostawiła zapewne na mym mięśniu sercowym pamiątkę w postaci mikroblizn zawałowych, ale że serce to pała do Lizbony miłością niemal bezmierną uznałam: nic to – po raz kolejny. Marzyłam już tylko o jednym: o spaniu. Ale i tu los, a w zasadzie współlokatorzy, postanowili spłatać mi figla. Było już koło piątej nad ranem, kiedy z miasta powróciła ferajna. No i gdzie się udali? Do bawialni rzecz jasna, oddzielonej od mego materaca jedynie cieniutką niemal tekturką. Rozbrykana brać w pijackim amoku zaczęła generować wszelakie dźwięki, jakie tylko przyjść mogą do głowy w kontekście bachicznym: pieśni (a przynajmniej za takie chyba je uważali), wrzaski, paraerotyczne ciamkania. Nie zrobię afery pierwszego dnia – powtarzałam sobie, już w zasadzie na skraju bezsilnego tudzież bezsennego szlochu, z tęsknotą za polskim łóżkiem w duchu i poduszką na głowie (nie pomaga) – nijak odporna nie jestem na brak snu, zawsze zazdrościłam osobom tę odporność posiadającym. Ponadto byłam już w samych gaciach (skwar) i ciemnościach (gdzie ten cholerny włącznik??). W nocnej desperacji podjęłam decyzję: rano (umówieni byliśmy na 10) oświadczam właścicielowi: zwracaj pan zaliczkę, tu nie da się mieszkać.

Frederico (właściciel) zjawił się spóźniony, co w tym kraju nie jest szczególnym zaskoczeniem. Oświadczyłam twardo:  jest problem – potrzebuję snu, w tych warunkach spać się nie da a ja tak funkcjonować nie potrafię. I co się okazało – zbawienie. Tego właśnie dnia piętro niżej pokój zwolniła erazmuska Zosia (Sophie? Sophia? Nigdy się nie dowiem, lecz błogosławię ją za ten w idealnym momencie nadarzający się wyjazd). Pokój przestronny, jasny, zapewniający możliwość przyjęcia pozycji wertykalnej.

W tej samej cenie co skwarna podniebna (doprawdy dziwne, że nie umieszczona pod schodami w charakterze schowka na szczoty) klita. Nie musiałam w desperacji i rozpaczliwie szybkim tempie szukać nowego adresu. A w międzyczasie wszechogarniający syf ogarnęła pani sprzątająca. Uważam to za fanaberię, lokatorzy (swoją drogą do tej pory nie wiem dokładnie, ilu ich tu mieszka, gubię się w rachunkach i mnogości co i rusz nowych twarzy) mogliby wszak sprzątać po sobie – ale cóż, wtedy pani sprzątająca nie miałaby pracy, a ja radości z czystego otoczenia. Nie mnóżmy zatem narzekań. Reasumując: los, przy mojej skromnej negocjacyjnej pomocy, odmienił się na lepsze. Czy w nowej przestrzeni dane mi było zaznać spokoju i ciszy? HAHAHAHAHA (już mogę przestać się śmiać?). Jeśli powyższe wynurzenia są nieco chaotyczne to bądźcie wyrozumiali – deficyt snu. Ale o tym w kolejnym lizbońskim odcinku.

Na ewentualne pytania, zarówno praktycznie jak i niepraktyczne, chętnie odpowiem.

Widok z tarasu rekompensujący wszelkie niewygody.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *